Od niepamiętnych lat w katedrze wawelskiej uroczyście celebrowano wielkanocną rezurekcję. Przed wojną w nabożeństwie tym jak zawsze brała nawet udział asysta honorowa naszego wojska. Księża misjonarze pilnowali, żeby wszystko szło wedle założonego planu i porządku. Podczas uroczystości zawsze w pewnej chwili odzywał się dzwon Zygmunta, następnie śpiewano „Te Deum laudamus", potem dzwon rozbrzmiewał po raz drugi. W kwietniu 1939 roku ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych na ceremonii — i nikt nie potrafi tego wytłumaczyć — dzwon Zygmuntowy odezwał się tylko raz, zanim odśpiewano „Te Deum", potem jednak dzwon milczał. Odebrano to za zły znak, a w parę miesięcy później najgorsze potwierdziło się. Trudno nie dowierzać człowiekowi, którego papież Jan Paweł II uważa za swego duchowego ojca. O tym że klątwy nakładają się na siebie uświadomiła mi rozmowa z wdową po Feliksie, Danutą Dańczakową.