Tak stało się i teraz. W pewnym momencie Walczy zaczął nawet pokpiwać ze swoich niedawnych przeczuć, ale raz powiedział naczelne­mu inżynierowi Kierownictwa Odnowienia Wawelu, Czesławowi Doboszowi: „Kto pierwszy tam wejdzie, ten pierwszy zejdzie..." a następnie wszedł jako pierwszy, po nim zaś Stanisław Kozieł. Kiedy przyszła kolej Staszak, wcisnął się głęboko w wykuty wąski otwór i zaczął penetrować pomieszczenie. Wątłe światło reflektora tworzyło we wnętrzu komory grobowej różne plamy i cienie o przedziwnych kształtach; fragmenty drewna z trumny, poprzeplatane strzępami tkaniny, dawały wrażenie dynamiczne­go ruchu, który zamarł na moment. Konstrukcję tej dekoracji stanowiły trzy grube żelazne pręty, osadzone wzdłuż ścian grobowca na wysokości 80 centymetrów od dna. To właśnie na nich spoczywała niegdyś drewniana trumna która po długim czasie zbutwiała i przełamała się w połowie, opadając na ziemię.